El Fuego znaczy ogień

Dosłownie na dniach rusza rejestracja na Międzynarodowy Maraton Tanga „El Fuego”. Zajrzyjmy więc za kulisy tego najstarszego warszawskiego maratonu i zobaczmy, co dokładnie będzie się działo w lutym 2016.

Przyznam szczerze, że sam nie zdawałem sobie sprawy, że zapowiada się aż tak fajna impreza :)

O wydarzeniu i o tym co nas czeka, opowiedzą nam jego organizatorzy: Justyna i Andrzej. Zapraszam na wywiad!

Już niedługo rusza rejestracja na kolejną edycję El Fuego. Czego możemy spodziewać się tym razem?

Andrzej Bernaś (AB): Przede wszystkim świetnej zabawy w międzynarodowym towarzystwie, bardzo dobrej muzyki porywającej do tańca… i oczywiście prawdziwego ognia emocji na parkiecie! Nie bez powodu nazwaliśmy wydarzenie EL FUEGO.

Brzmi super, ale tak reklamują się praktycznie wszystkie maratony. Będziecie mieć przecież w 2016 roku bardzo silną konkurencję nie tylko w innych miastach Polski, ale także w samej Warszawie.

Justyna Jędrzejewska-Bernaś (JJB): Tak. Czeka nas wyjątkowy rok. Tangueros będą mieli w czym wybierać. Maratonów pojawia się coraz więcej, a organizatorzy prześcigają się w zapewnieniu uczestnikom jak najciekawszych wrażeń oraz jak najlepiej spędzonego czasu. I bardzo dobrze, gdyż służy to rozwojowi całej polskiej społeczności tangowej.

AB: Przyznam szczerze, że się z takiego obrotu spraw ogromnie cieszę. Doskonale, że mamy tyle maratonów, bo to oznacza, iż tango staje się w Polsce coraz bardziej popularne i wreszcie (chociaż proces ten odbywa się stopniowo) ma szansę przestać być tańcem niszowym. W związku z większą ilości imprez o charakterze międzynarodowym jesteśmy coraz bardziej widoczni w Europie i stajemy się coraz bardziej atrakcyjnym kierunkiem tangowych wojaży.

JJB: Ale wracając do Twojego pytania. Postawiliśmy sobie za cel, aby nasz maraton był z każdym rokiem coraz lepszy. Nie chcemy stać się w miejscu, nawet kiedy wypracowana w poprzednich latach formuła imprezy wciąż działa i sprawdza się bez zarzutu. Chcemy ewoluować oraz stawać się maratonem coraz bardziej otwartym i przyjaznym dla uczestników.

Świetnie, czego zatem w praktyce będziemy mogli się spodziewać na maratonie. Możecie podać jakieś konkretne przykłady?

AB: Miejsce jest doskonale znane wszystkim tańczącym tango w Warszawie. Dysponujemy dużą salą z dębowym parkietem. Specjalnie na imprezę zostanie ona również doposażona w profesjonalny system nagłośnieniowy. Zaprosiliśmy sprawdzonych DJ-ów którzy potrafią ubogacić maraton muzycznie i zapewnić dobrą energię dla tancerzy.

Dużo uwagi poświęcimy cateringowi. Z pewnością będzie dużo lepszy i bardziej urozmaicony niż w latach ubiegłych.

Uczestnicy będą mogli wziąć udział w bezpłatnych lekcjach salsy oraz chacarery. Zatem nie tylko tango będzie zatem obecne na parkiecie. Ukojenie po godzinach spędzonych w tańcu zapewnią sprawne dłonie masażystów, a chętni wybiorą się na wycieczkę z przewodnikiem po Warszawie.

JJB: Nie zabraknie muzyki na żywo. Zaprosiliśmy do współpracy zespół Trinidad Arfó, który specjalizuje się w aranżacjach tang dla tańczących. Muzycy są także tancerzami, dlatego doskonale znają potrzeby tangueros. Grywają w całej Europie na dużych i bardzo dużych imprezach. Zapowiada się naprawdę gorący, mega taneczny występ. Poniżej przykład występu muzyków w Moskwie.

Powiedzcie mi proszę, dla kogo jest ta impreza? Planujecie robić jakąś selekcję?

JJB: Jedyny warunek który stawiamy uczestnikom to zachowanie oraz praktykowanie etykiety tanga. Formuła maratonu – zapisy w parach – gwarantuje równe proporcje ilości kobiet do mężczyzn. W naturalny więc sposób zapewni to dobrą atmosferę na imprezie. Stawiamy na ludzi młodych…duchem! A co do tak zwanej selekcji, na przykład ze względu na długość tanecznego stażu, jesteśmy temu przeciwni.

AB: Maraton tanga to impreza, której trzon stanowią osoby z dłuższym tanecznym stażem. Selekcja, której efektem byłoby stworzenie imprezy „dla elit” nie jest to zgodna z ideą El Fuego. Postrzegamy tango jako taniec dosłownie „towarzyski” – w którym liczą się emocje, rozrywka, pasja, otwarcie na innych. Nie od dziś przecież wiadomo, że liczba lat na parkiecie nie zawsze świadczy o jakości tańca czy obyciu towarzyskim. Cóż po imprezie, na której będą sami doskonali tancerze bawiący się tylko w „kółkach wzajemnej adoracji”? Chcemy by nasz maraton był prawdziwym miejscem spotkań, na którym można „porozmawiać” nie tylko w tańcu, ale także poza parkietem.

JJB: Mówiąc krótko – postanowiliśmy, że selekcji nie będzie, a o uczestnictwie w maratonie decydować będzie kolejność zgłoszeń.

Czy przewidujecie specjalny dresscode? Na co powinni przygotować się goście El Fuego?

JJB: Stawiamy na różnorodność i koloryt naszych gości. Niech każdy czuje się u nas jak u siebie. Jeżeli komuś sprawi przyjemność wystąpić „pod krawatem” i w spodniach w kant, to z przyjemnością powitamy go w takim stroju na maratonowej milondze. A jeżeli z kolei ktoś inny będzie się dobrze czuł w mniej formalnym stroju, gdyż w takim wydaniu lepiej mu się tańczy – świetnie! Nikt nie będzie robił z tego powodu afery.

AB: Zresztą taka jest też przecież „miejscówka” naszego maratonu. Z jednej strony postindustrialny budynek, z drugiej natomiast – komfortowa sala do tańca i świetnie zorganizowane zaplecze. Kiedyś przyszło nam do głowy że El Fuego to taki trochę „offowy” maraton. Wymykający się konwencjom. Niech więc takim będzie!

Siłą takich wydarzeń jak Wasze są międzynarodowi goście. Jak to będzie wyglądać w lutym?

JJB: Pamiętam, jak w podczas rejestracji na nasz ostatni maraton, Andrzej dosłownie co chwilę nanosił na mapę kolejne kraje, z których mieli przyjechać do nas tangueros. „Mapa maratonu” zagęszczała się z godziny na godzinę.

AB: To była super sprawa, gdy praktycznie co chwilę dowiadywałem się, że goście z kolejnego kraju postanowili wziąć udział w naszym wydarzeniu. Generalnie przyjeżdża do nas cała Europa i spora część świata :) Mamy uczestników między innymi z Włoch, Hiszpanii, Holandii, Argentyny, Rosji, Ukrainy, Anglii, USA czy Białorusi. Bywało też egzotycznie za sprawą tangueros z Indii, Australii czy też Tajwanu.

JJB : Spodziewamy się zatem wielu gości zza granicy – dokładnie tak jak bywało w poprzednich latach.

Dziękuję za rozmowę! Powodzenia w organizacji maratonu :)

Rozmawiał: Szymon Ferfecki (http://ferfecki.com)

Rejestracja: http://elfuegomarathon.eu/index.php/pl/rejestracja

Link do wydarzenia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/403155483217256/

Recenzja książki „Co Finowie mają w głowie”

/For English please change the language in options/

Autor recenzji: Małgorzata Halaba.

Książka Wolframa Eilenbergera Co Finowie mają w głowie jest, jak widać, książką o Finach, nie o tangu. Ale ponieważ naród ten drobił się własnej, niepowtarzalnej wersji tego tańca, to o fińskim tangu słów kilka. Zdaniem autora – Niemca, który ożenił się z Finką i wyemigrował do Finlandii – „pod względem muzycznym tango fińskie jest mieszanką rosyjskiego romansu i niemieckiej wojskowej muzyki marszowej. W tekstach łączy zaś poezję skandynawską opiewającą naturę (Róża orła) z egzotycznymi, zmysłowymi fantazjami (Fatamorgana), idylliczną miłość (Noc za oknem) z frustracją wobec nowoczesnej techniki (Dlaczego milczy telefon?)”.

Kroki fińskiego tanga również nie są skomplikowane – dwa długie i trzy krótkie – a dzikie wariacje są surowo zakazane; obowiązuje także bardzo oszczędna gestykulacja. Ale, zdaniem autora, bez tanga Finowie dawno by wyginęli, gdyż taniec ten nie służy niczemu innemu, jak utorowaniu mężczyźnie drogi do aktywnego życia erotycznego. Ale, uwaga! W Finlandii nic nie dzieje się szybko. Dlatego nawet kiedy w trakcie tangowego wieczoru ktoś szczególnie zainteresuje się jakąś osobą, musi czekać do ostatniego tańca. Bo dopiero zgoda na ostatni taniec może oznaczać ewentualną zgodę na erotyczną współpracę. Chociaż wcale nie musi. Ciekawe, co na te obserwacje powiedzieliby znawcy ‘suomi tango’? Poniżej najsłynniejsze fińskie tango, Satumaa.

Recenzja książki „Heart of Tango”

/For English please change the language in options/

Autor recenzji: Małgorzata Halaba.

Buenos Aires, lata 20. Ubiegłego wieku. Dziewiętnastoletnia Natalia mieszka z ojcem w ubogiej dzielnicy La Boca, prowadzi dom, a wolny czas spędza z koleżankami, ucząc się tanga. I marzy, że może kiedyś uda się zatańczyć ten taniec z mężczyzną. Wielkimi krokami zbliża się dzień jej ślubu z El Rojo, dużo starszym imigrantem z Niemiec. Natalia sama nie wie, czy kocha tego potężnego rudzielca, ale przecież porządna dziewczyna musi wyjść za mąż. A miłość? Cóż, to pewnie tylko wymysł sentymentalnych pisarek, a El Rojo to dobry człowiek. Ale los płata figla – w przeddzień ślubu Natalia poznaje Diego – chociaż „poznaje” to za dużo powiedziane. Tu wystarcza jedno spojrzenie, aby zrozumieć, że z tą miłością to żadna przesada. Diego w dzień pracuje w gazecie, w nocy tańczy tango. Przez przypadek jest mu dane zatańczyć z Natalią na jej weselu i ta jedna tanda wystarcza, aby oboje mieli pewność – tak, są dla siebie stworzeni, ale nigdy nie będą mogli być razem. Nie wiedzą, że jeszcze kiedyś zatańczą, żeby potem rozstać się na zawsze. Spotkają się dopiero wiele lat później, w innym miejscu, w innych czasach, na innej milondze, jako zupełnie inni ludzie. Nie zmieni się tylko jedno – ich tango.

To piękna, smutna, magiczna opowieść o miłości. I o tangu – jak ważne może być w życiu; że bywa przepustką do lepszego świata, spełnieniem, marzeniem, miłością, ale też rozpaczą, tęsknotą i śmiercią. Książka Barceló to także żywy obraz tętniącego życiem Buenos Aires początków poprzedniego stulecia, tej mekki imigrantów z całego świata, którzy tu właśnie przyjechali szukać swojego przeznaczenia.

No i wreszcie – można w niej znaleźć jeden z najpiękniejszych opisów idealnego zespolenia w tańcu: „Była niczym jedwabna chusta, szczelnie okrywająca moje ciało, jak ogarniający mnie płomień… Mądry płomień – taki, który rozumie każdy mój ruch; którego gorąco czuję przy każdym kroku, każdym obrocie. Tańczyliśmy, a nasze oddechy stawały się coraz szybsze. Czułem, że wpadam w otchłań, w której najchętniej pozostałbym na zawsze.”

Recenzja książki „Powrót nauczyciela tańca”

powrot_nauczyciela/For English please change the language in options/

Autor recenzji: Małgorzata Halaba.

Herbert Molin to policjant, który po przejściu na emeryturę postanawia zaszyć się na szwedzkim odludziu, głęboko w lesie. Nocami cierpi na bezsenność, w dzień układa puzzle i tańczy tango argentyńskie. Pewnego dnia zostaje bestialsko zamordowany, a sprawca zostawia krwawe ślady, układające się w kroki tanga.

W rozwiązanie tajemniczego morderstwa włącza się były współpracownik Molina, Stefan Lindman, a prowadzone przez niego śledztwo ujawnia całkowicie nieznane oblicze starszego kolegi. Przy okazji Lindman dowiaduje się zaskakujących i nieprzyjemnych rzeczy o własnej rodzinie, szwedzkim społeczeństwie i mocno zafałszowanej historii najnowszej. A motywy zabójstwa Molina, które na pierwszy rzut oka wygląda na dzieło szaleńca, okazują się całkowicie racjonalne i sięgają wojennego Berlina i pewnego nauczyciela tańca…

W Powrocie nauczyciela tańca Mankell potwierdza znakomitą formę – to naprawdę bardzo dobrze napisana powieść, z drugim czy nawet trzecim dnem; wielbiciele skandynawskich kryminałów nie będą rozczarowani. Nie wiem natomiast, jak będzie z miłośnikami tanga… Bo oto znowu mamy tango potraktowane wyłącznie jako tło, choć przyznać trzeba, że tło bardzo nietypowe. Nasuwa się jeden wniosek: to nieprawda, że muzyka uszlachetnia. Bywa i tak, że podkreśla to, co w człowieku najgorsze i w dodatku daje mu niepotrzebną pewność siebie, aby mógł to najgorsze wykorzystać. Ale jest i dobra wiadomość: panowie mogą znaleźć tu praktyczny przepis na idealną partnerkę, która nie tylko zawsze zatańczy tak, jak się ją poprowadzi, ale w dodatku nie będzie się odszczekiwać w przypadku jakichkolwiek nieporozumień :)

A najbardziej wyrafinowani wielbiciele makabresek mają prawdziwą perełkę – dokładny opis pracy i zawodowych dylematów kata. Brr…

Recenzja książki „Mężczyzna, który tańczył tango”

/For English please change the language in options/

Autor recenzji: Małgorzata Halaba.

Tytułowy mężczyzna tańczył nie tylko tango – Maksa Costę poznajemy jako fordansera, pracującego na luksusowym liniowcu kursującym między Europą a Ameryką Południową. Jak się szybko okazuje taniec to tylko jedno z wielu zainteresowań głównego bohatera – argentyńskiego emigranta, byłego żołnierza Legii Cudzoziemskiej, bawidamka, oszusta, złodzieja, włamywacza, a nawet szpiega – czarującego przystojniaka o nienagannych manierach.

Jest też tajemnicza Ona – Mecha Inzunza de Troeye. To kobieta z zupełnie innego świata: piękna, zamożna, elegancka żona sławnego hiszpańskiego kompozytora. Teoretycznie, szanse na spotkanie tak całkowicie odmiennej dwójki ludzi, jak Mecha i Maks, są bliskie zeru. Ale ponieważ życie pełne jest niespodzianek, to nie tylko się spotykają, ale na budują niezwykły,  trwający kilkadziesiąt lat związek – miłosny, przyjacielski, na pewno mocno perwersyjny.

Mężczyzna, który tańczył tango to fascynująca książka o ludzkich relacjach, szalonych zbiegach okoliczności, spotkaniach kochanków po latach. I o… szachach. To opowieść niespieszna, wysmakowana, subtelna, którą czyta się z prawdziwą przyjemnością. Bohaterowie są nieszablonowi i pełni niespodzianek, ich drogi życiowe – również. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie tytułowe tango.

Mężczyzna…, zamiast tanga, równie dobrze mógłby tańczyć kadryla lub oberka, bo nie o ten taniec tu chodzi. Chodzi o pokazanie damsko-męskich namiętności, których początkiem jest seks z przypadkowo poznaną osobą, więc trzeba sięgnąć po tango, bo w końcu – zgodnie z obowiązującymi stereotypami – od parkietu do łóżka droga niedaleka. Na szczęście autor oszczędził nam róży w zębach i La Cumparsity. 

A ponieważ nie jest to książka o tangu, to także wpleciona w fabułę „teoria tanga” momentami przyprawia o ból zębów. Irytuje też pedantyczne tłumaczenie nazw figur i kroków – podejście, że w książce, wydanej po polsku, wszystkie słowa muszą być polskie, jest jak najbardziej chwalebne, ale konia z rzędem temu, kto zgadnie, czym są takie figury, jak „cięcie” (Czy chodzi o ocho cortado? Paradę? A może sacadę lub barridę?) „odchył” czy „wsunięcie” (kontekst sugeruje sacadę, ale głowy nie dam). No i klimat Buenos Aires mocno cierpi na tym, że empanady przybrały formę poczciwych „smażonych pierogów z mięsem”…

Recenzja książki „Astor Piazzolla – moja historia”

/For English please change the language in options/

Autor recenzji: Małgorzata Halaba.

Książka Astor Piazzolla – moja historia, to wywiad-rzeka, spisany przez argentyńskiego dziennikarza, Natalio Gorina. Nie ukrywam, że jest to pozycja dość trudna i raczej hermetyczna, ale na pewno fascynująca dla każdego, kto profesjonalnie zajmuje się muzyką. Piazzolla opowiada o swojej drodze muzycznej, przyznając, że była dość wyboista, bo jego podejście do tanga nie od razu znalazło zwolenników. Jak sam mówi, nic nie irytowało go bardziej, jak prośba jakiegoś „melomana”, który po zakończonym koncercie wygłaszał sakramentalne: – Mistrzu, to teraz proszę zagrać jakieś tango. A takich sytuacji było podobno wiele.

Piazzolla miał dwóch muzycznych mistrzów – Nadię Boulagner, która pokazała mu właściwy kierunek i która odkryła prawdziwego Piazzollę oraz Alberto Ginasterę. Ginastera dał Piazzolli podstawy i technikę, które ten mógł później doskonalić u Nadii Boulanger, ale jednocześnie pokazał mu szerokie horyzonty i nauczył, że prawdziwy muzyk nie może ograniczać się tylko do znajomości nut, a muzyk argentyński – do znajomości nut i piłki nożnej.

Ale nie-muzycy też znajdą tu sporo smaczków – Piazzolla barwnie opowiada o swoim burzliwym dzieciństwie i wczesnej młodości w Nowym Jorku szczerze przyznając, że gdyby nie decyzja rodziców o powrocie do Argentyny, to pewnie znalazłby się za kratkami – tam, gdzie trafiła większość jego kolegów.

Możemy się także dowiedzieć, dlaczego mały Astor bardzo długo nie znosił bandoneonu; dlaczego Anibal Troilo już większego Astora musiał wyrzucić ze swojej orkiestry i w jaki sposób kilkuminutowe spotkanie z Arturem Rubinsteinem zmieniło całe jego życie.

Książka dostępna jest również jako w wersji audio i ta wersja jest szczególnie warta polecenia: test czyta Waldemar Malicki, a największą atrakcją są nagrania w wykonaniu Piazzolli i Malickiego właśnie, ale także i innych – na przykład Kevina Kennera, laureata Konkursu Chopinowskiego z 1990 roku.