Archiwa tagu: film

Tango libre – subiektywna recenzja

W ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego udało mi się obejrzeć „Tango Libre” w reżyserii Frédérica Fonteyne. Czas więc na moją wielce subiektywną recenzję…

Zacznę od tego, iż film ten jest dla mnie taką wieczorną „milongą”, na którą przychodzi się w celu oderwania od szarej rzeczywistości. I nawet zaryzykuję stwierdzenie, że sama fabuła toczy się po kole i zapętla przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. „Tango libre” jest taką zamkniętą historią, poza którą nie istnieje zupełnie nic. Zewnętrznego świata po prostu nie ma. Nie wiemy jaki to kraj, miasto… I w końcu nie wiemy też, co to za więzienie, w którym toczy się główna akcja (nawet narodowości uwięzionych nic tutaj nie wnoszą). Po prostu jedno z „miejsc odosobnienia” zlokalizowane gdzieś na świecie. A że mówią po francusku to zwykły przypadek. Tak więc w filmie nie liczy się nic poza tu i teraz – dziwnym romansem miedzy jedną kobietą i trzema mężczyznami. Romansem w rytmie tanga. Dla strażnika więziennego od tanga zaczyna się fascynacja kobietą. Z kolei dla jednego z uwięzionych, kobieta staje się inspiracją do nauki tego tańca. I później jak to na „milondze” – pojawia się wyczekiwanie na wspólny taniec oraz radość z tego, gdy ta chwila już nastąpi. Tańcem w tym niezwykłym „romansie” są wszystkie wspólne czynności, gdyż w każdej z nich są ukryte jakieś emocje – jak to w tangu… I oczywiście idąc dalej tym tropem, w filmie pojawia się „tangowa” zazdrość partnerów o partnerkę (która notabene czerpie energię z tej adoracji), czy coś na kształt „cabeceo”.

Jest jeszcze dziecko, które szuka ojca i też tak naprawdę matki, która, będąc w „tangu” z trzema mężczyznami, po prostu nie ma dla niego czasu. Dodatkowy paradoks całej tej sytuacji polega na tym, iż kobieta ma każdego z tych trzech facetów, ale zarazem nie ma tak naprawdę żadnego z nich. Przez praktycznie cały film nie potrafi dokonać wyboru. Miota się między jedną „tandą” a drugą. Z jednym woli „tanga”, z drugim „walczyki”, a z trzecim „milongi”. Każdy bohater filmu „tańczy” też inaczej i każdy kusi na swój sposób. A koniec końcem, kompromis i akceptacja wszystkich trzech przynosi mini „happy end”. Wydaje się, że także dla dojrzewającego nastolatka.

Ciekawy jest pomysł na strażnika, który dla „tanga” z kobietą swoich marzeń potrafi porzucić cały swój dotychczasowy świat i uciec w ten swego rodzaju wir zapomnienia wraz z dwoma pozostałymi mężczyznami. Zresztą jeden z nich, skazany na całe dwadzieścia lat, czując, że mogą go ominąć kolejne „tandy” z wymarzoną partnerką, traci w pewnym momencie chęć do dalszej egzystencji. W końcu tango to życie, a życie to tango…

I w to wszystko wchodzi Chicho ze swoim więziennym tańcem, który w odróżnieniu od zwykłego tanga jakie znamy na co dzień, jest faktycznym starciem o dominację miedzy dwoma partnerami. Jest tutaj pokaz siły, walka o prowadzenie w parze, mocny rytm. Tak tańczą mężczyźni, którzy konkurują o kobietę, czekającą gdzieś tam za przysłowiowymi (a w tym przypadku dosłownymi) murami więzienia. To jest prawdziwy taniec, który rodzi się z emocji, świetnie zresztą zestawiony z „tangową szkółką” taneczną prowadzoną poza więzieniem. W jednym miejscu emocje, czysta improwizacja wynikająca z potrzeby pokazania dominacji, a w drugim rutyna i smętne snucie się nawet do energicznej milongi.

Wydaje się, że Chicho w swoim tańcu chce tutaj jeszcze raz powiedzieć, iż prawdziwe tango może być synonimem ludzkiego życia. Warunek jest tylko jeden – zero udawania, maksimum improwizacji i autentyczności. Nawet gdy się przyzna, iż jest się jedynym Argentyńczykiem, który nie tańczy tanga…

Jak powiedział reżyser filmu po projekcji – całą tę historię można by opowiedzieć w jednym tangowym utworze. Zastanówcie się, może więc warto zamiast iść na film, udać się po prostu na milongę i przy zawodzących skrzypicach przeżyć tę lub inną historię, ale opowiedzianą na swój własny indywidualny sposób?